czwartek, 16 marca 2017

Pakt

Puk puk.
- Telegram do pani!
Ach, ten listonosz to ma ciężki los. Wiosna, ludzie piszą do siebie mnóstwo telegramów. Zakochani chcą się ze sobą widzieć lub przekazać informację o niemożności dotarcia na umówione spotkanie... 
Patrzę na lekko łysawego urzędnika w okularach jak namiętnie przeszukuje swoją dużą, skórzaną torbę
w poszukiwaniu długopisu.
- Cholera - mruknął. - Gdzieś go tu miałem... Momencik.
Zakrywam swetrem ramię, które przez przypadek mi się odsłoniło. Mam nadzieję, że nie widział. Chociaż. Niech sobie biedak popatrzy na młode ciałko. Wybiegłam do niego na spodenkach i w niechlujnie związanym kucyku. Wiedziałam co przyniósł, dlatego niecierpliwie czekałam na ten jego cholerny długopis, aby w końcu dał mi upragnioną wiadomość.
- Tu panienka podpisze. Fajny chociaż ten pani kochaś?
- To przyjaciel - poprawiłam go urażona.
Tylko się uśmiechnął. 
- Każdy tak mówi - dodał przekornie.
- Coś jeszcze? - powiedziałam zniecierpliwiona. 
- Wszystko. Do widzenia! 
Torba mu się nie domykała. Wyleciały z niej dwa telegramy. 
- Proszę pana! - krzyknęłam za nim. - Proszę - podałam z uśmiechem zgubę.
- Dziękuję, panienko - podrapał się po głowie. - Młodzi to by mnie zabili, jakby tych romansideł nie dostali. Co to się porobiło... Do widzenia!

Uśmiechnęłam się. Serce zaczęło pracować na najwyższych obrotach. Usiadłam przy stole, na którym stała świeżo zaparzona kawa. Ona chyba mi się już dzisiaj nie przyda, ciśnienie podskoczyło. Czekałam prawie tydzień na tę wiadomość. Czytam. Dwie opcje. Albo zaproszenie, albo nici ze spotkania.

"Najdroższa. Piątek o 17, nasze miejsce. Tęsknię. X"

- O Jezu!! - krzyknęłam i machnęłam ręką tak, że strąciłam kubek z kawą. No tak. Nie wolno wzywać imienia Pana Boga nadaremno. - Cholera!
To chyba też niedobre połączenie.
Posprzątałam po "wypadku" i poszłam wybrać najładniejszą sukienkę. 

* * *

Od razu go dostrzegłam. Przywitał mnie buziakiem w policzek, a następnie wyciągnął zza pleców żółtego tulipana.
- Tak wiosennie - uśmiechnął się speszony.
Ach. Nie troszczyłam się już o nic. Czułam się przy nim bezpieczna i po prostu szczęśliwa. Poszliśmy na długi spacer, mogąc pośmiać się i porozmawiać o wszystkim. Po zachodzie słońca odprowadził mnie pod dom. Jeszcze na chwilę usiedliśmy na schodach i patrzyliśmy na gwiazdy.
- Oj, jak fajnie by to było, gdyby istniała taka technologia, żebyśmy byli w dwóch różnych miejscach i mogli mieć ze sobą kontakt... Lepszy niż te telegramy...
Pomyślałam chwilkę. Westchnęłam.
- Wiesz co? - spojrzałam na niego przenikliwie swoimi zielonymi oczami. - Może wcale nie byłoby tak super... Lubię mieć cię obok, opowiadać ci o moim dniu, prosić o rady dotyczące chłopaków, jednak to czekanie na spotkania, na wiadomości, możliwość zatęsknienia... To umacnia naszą przyjaźń, wiesz? Cieszę się, że moje młodsze kuzynostwo wciąż uwielbia kopać piłkę, rysować, grać w klasy, budować domki na drzewie. Przecież wiem, że jesteś i że codziennie patrzysz na ten sam księżyc. Ta technologia przyniosłaby nam pustkę... Zamienilibyśmy spotkania na jakieś wirtualne wiadomości, aż w końcu... Wszystko by zanikło... Pomyślałeś kiedyś o tym w ten sposób?
Zastanowił się. Przez chwilę milczał. Potem dziwnym tonem powiedział:
- Myślisz, że aż do tego stopnia by to doszło? Że ktoś by nam odebrał to, co najpiękniejsze? 
- Boję się. Ale jak jesteś obok to trochę mniej - ścisnęłam jego dłoń z uśmiechem. 
- Czego się jeszcze boisz?
- Że jak dorośniemy to wszystko się zmieni - mina mi posmutniała.
Zgasiłam lekko jego uśmiech.
- Hej... - rzekł. - Obiecuję, że...
- Nie obiecuj - przerwałam mu. - Nie lubię obietnic. Będziesz zawsze, tak po prostu?
- Będę - odparł bez zastanowienia. - Przybij piątkę.
Przybiłam. To był nasz pakt. Nasza tajna umowa między duszami, której żaden człowiek nie jest w stanie zerwać.